najgorsze w piekle to nie palący ogień, wieczność męczarni, utrata łaski bożej czy poddanie szatańskim torturom. Najgorsze w piekle jest to, że nie wiesz, czy już się w nim nie znajdujesz.
O autorze
Zakładki:
Lokalnie
Poetycko
Politycznie i medialnie
PR | CI | CD | design
Różne różności:)
Wrocław w obiektywie
Zaglądam / zaglądałem
Zapraszam również na:
Znani i szanowani





free counters
written by
SILENT
piątek, 29 lipca 2016
luka

Mógł to przewidzieć. Od pewnego czasu zaczęły pojawiać się symptomy. Jednym z nich był apetyt. Apetyt na muzykę. Dobrze znane dźwięki znów zaczęły smakować, zestawiając się w nietypowe połączenia, stając się swoistą ucztą dla uszu, ucztą dla ducha. 

Przez prawie dwa lata nie było muzyki. Znikła, ucichła. Nie było jej w domu, nie było jej na mieście. Była w samochodzie, choć nie zawsze. Przede wszystkim nie było jej przy nim. Została wyparta wraz ze wszystkimi skrajnymi emocjami. Zupełnie jakby ktoś w pewnym momencie wcisnął pauzę. Ale przecież wszystko wokół biegło swoim trybem, swoim tempem. Wszyscy wokół z każdym dniem przeżywali swoje życie w towarzystwie emocjonalnego soundtracku. Raz ciszej, raz głośniej, raz wyżej, raz niżej, ale cały czas do przodu. On się zatrzymał. Wszechogarniająca cisza spowiła myśli, przynosiła spokój, poczucie niewzburzonego bezpieczeństwa. Uśpiła jego czujność, uśpiła jego temperament. 

Przez prawie dwa lata nie było też semantyki. Słowa przestały pełnić swoje funkcje, były tylko zlepkiem, ciągiem przypadkowych znaków, nic nieznaczącym kodem. Nie niosły ze sobą przesłania, nie odwoływały się do wyobraźni, nie odwoływały się do przyszłości. Było tylko głuche tu i teraz. Przeszłość przestała się liczyć, przyszłości nie było. Tylko teraźniejszość - bezrefleksyjne parcie do przodu, zrywanie kartek w kalendarzu, skreślanie wypełnionych zadań w terminarzu i dalej. Dalej, dalej

Przez prawie dwa lata nie było wschodów ani zachodów słońca. Nie było też nocy, tylko jeden długi dzień polarny. Nie było zachwytów, nie było rozpaczy. Były tylko pragmatyzm, realizm i próby sprostowania oczekiwaniom. Oczekiwaniom, które nieustannie rosły i nie były do spełnienia. Były niedoścignionym celem. Celem, który ani razu nawet nie zamigotał na horyzoncie. 

Wszystkie dźwięki, obrazy, znaczenia, słowa, zachody słońca przewijały się teraz w jego głowie. Zupełnie jakby chciały nadrobić ten czas, nadrobić zaległości.  Wszystkie zdrady, wszystkie wyrzuty, wszystkie niepochlebne opinie. Każdy ból, każda łza, każdy wyrzut sumienia. 

 Spacerował bez celu po okolicy, która już dawno przestała wyglądać znajomo. Na zalanym promieniami słońca niebie pojawiły się pierwsze ciemne, wieczorne lub deszczowe chmury. Powoli też zaczął zrywać się zimny wiatr, zwiastując długo oczekiwane ochłodzenie. Zielone liście zaszeleściły gdzieś wysoko nad nim. Czuł się wolny, wreszcie mógł nieskrępowanie oddychać pełną piersią. Wreszcie nie musiał się nikomu tłumaczyć, nie musiał się spieszyć. Wróciła emocjonalna huśtawka, sinusoida, która co prawda niosła ze sobą także gorsze momenty, ale pozwalała także docenić małe rzeczy, składające się na codzienność. Wreszcie pojawiła się muzyka, semantyka. Wróciły zachody słońca.  

A więc szczęście jest tylko ułudą, słodkim momentem zapomnienia, luką w życiorysie - westchnął. Wiedział, że przed nim roztaczała się wielka niewiadoma, która pełna była nowego: nowych doznań, nowych doświadczeń, nowych znajomości, nowych dźwięków i znaczeń. Nie wiedział wciąż tylko, czy powinien, czy jest gotowy się z tego cieszyć. 

Po dziewiątej z kolei kropli deszczu rozbijającej się na jego twarzy powoli zaczął kierować się w stronę domu. 

 


 

 

Noc w noc szukam po mieście
Naszych zamierzchłych miejsc
Mam złe sny kiedy nie śpię
(Nocą) omamy mam złe
Luka po Tobie
Nawet dziurawy mam cień
Noc w noc chodzę po wietrze
Czym by Cię tu zapomnieć

Proszę Cię bądź
Cicho i chodź
Uciekniemy gdzieś daleko
Proszę Cię bądź
Cicho...
Zalewski "Luka"
środa, 26 listopada 2014
woda
Ogromne pomieszczenie z częściowo przeszklonym dachem było tego dnia wyjątkowo puste. Postąpił krok do przodu i wszedł na schodek. Spojrzał przed siebie. Woda swoim spokojem przypominała taflę szkła, w której odbijały się wielkie wyświetlacze pokazujące czas i temperaturę. W jego głowie panował teraz zgiełk powracających myśli i natrętnych pytań: co jeśli? czy to ostatni raz? czy zaufać? co jeśli znów? i jak długo?

Postanowił zagłuszyć ten szum skokiem do wody. Odbił się od murka. Spadał, zupełnie bezwładnie. Było to najbardziej przerażające uczucie, które mu towarzyszyło w życiu.  Bał się go, zawsze kiedy dowiadywał się czegoś strasznego, czegoś przerażającego, smutnego, czuł, że spadał. Tak jak teraz.
Spadanie w jego percepcji trwało dobrych kilka minut, jednak w rzeczywistości w ułamku sekundy był już cały zanurzony. Początkowo czuł nieprzyjemny chłód. Wszak woda zadawała się być zimna. Natychmiast jednak odczuł ulgę. Gdy tylko znalazł się pod wodą zawładnęła nim kojąca głucha cisza, spokój. Żadnych myśli, żadnych trosk, żadnych retrospekcji. Tylko spokój. I ten lekko niekomfortowy ucisk ciśnienia w głowie. A może to ciśnienie rozsadzi natłok myśli, sprawi, że eksplodują, pozostawiając trwałą ciszę? 

Popłynął głębiej, ku samemu dnu basenu. Organizm powoli, acz stanowczo zaczynał domagać się tlenu. Jeszcze chwilę, jeszcze moment spokoju. Ciszy. Kolejny ucisk w płucach- pora wypływać. A może przekornie pozostać? Może nie wynurzać się już z tej niosącej ciszę kąpieli? Może... ?

Nie, jednak nie. Nieważne jak długo trwałoby spadanie i jak bolesny byłby upadek, nie można przecież utonąć w myślach. Nie można pójść nad dno. Nie zachłysnąć się spokojem, zaufaniem, pewnością, niesamotnością. Być zawsze czujnym.
Wynurzył się na powierzchnię, łapczywie łykając powietrze. Zgiełk delikatnie zelżał. Popłynął dalej. Odbijający się w wodzie czerwony wyświetlacz nie pokazywał już godziny i temperatury. Odliczał czas. Od zera. Od nowa. 


środa, 27 sierpnia 2014
happily ever after?
Automatyczne drzwi rozsunęły się tuż przed nim. Na dworze zapadł już zmierzch, tuż przed nim wyrosła wieża zabytkowego kościoła. Skierowane na nią wiązki żółtego ciepłego światła  dodawały budynkowi majestatu, potęgi. Natychmiast poczuł się niezwykle mały, zupełnie jakby ktoś zmniejszył go w jednej chwili do rozmiarów mrówki, która zmuszona była do biegania między nogami przechodniów, w obawie, że zostanie brutalnie rozdeptana. Rozejrzał się wokół, spojrzał na współtowarzyszy. Prawdopodobnie nikt nie dzielił z nim tego odczucia, tej refleksji. Uśmiechnął się w duchu, bo przecież nie był małą mrówką walczącą o życie. Czy jednak nie było się czego obawiać?

W ostatnich dniach usłyszał wiele miłych słów. Słów, które pozwalały uwierzyć w siebie, uwierzyć w przyszłość, uwierzyć w szczęście. Sprostał wielu zadaniom, podjął się kolejnych, czuł silne wsparcie, takie, jakiego jeszcze nigdy wcześniej naprawdę nie miał. Los zdawał się do niego uśmiechać od ucha do ucha. 
Być może powinien iść teraz prosto z dumnie wypiętą piersią do przodu. Być może powinien kroczyć i wyglądać tak majestatycznie jak ta kościelna wieża. Być może powinien być dumny jak paw, że jego życie we wszystkich aspektach przyspieszyło, nabierając wręcz nieprawdopodobnej prędkości. Być może. Wiedział jednak, że nigdy, przenigdy nie można stracić z oczu celu całościowego, nigdy nie można przestać być czujnym. W każdym momencie swojego życia trzeba uważnie spoglądać wokół siebie, by nie dołączyć do nieszczęsnego grona rozdeptanych mrówek

Z drugiej strony obawiał się, że ten życiowy pragmatyzm, którym zwykł się kierować, sprawi, że coś przegapi, nie da ponieść się emocji, nie popłynie z prądem, że zaprzepaści tę szansę, być może niepowtarzalną szansę. Szansę na bycie trwale szczęśliwym. 
Spojrzał jeszcze raz na sam szczyt wieży. 
Za dużo myślisz- zdawał się mówić znajomy głos z góry. Pewnie miał rację. Wziął wdech, po czym zwrócił się w stronę współtowarzyszy z uśmiechem. 

środa, 11 czerwca 2014
Spotkanie z Obcym II
Zadzwoniła pierwsza. Pomimo tego to on zaproponował spotkanie. Chwilę się wahała, ale ostatecznie się zgodziła. Umówili się na popołudnie, po jego pracy. Dawno się nie widzieli, bardzo dawno. Właściwie nie był sobie w stanie przypomnieć poprzedniego spotkania, nie wiedział kiedy ani gdzie miało ono miejsce, kto w nim uczestniczył. Wiedział tylko, że było to zdecydowanie zbyt dawno. Zbyt dawno jak na przyjaźń. 
Przyjaźń. Życie skorygowało wiele takich relacji w ostatnim czasie: pokazało jak nietrwałe są takie uczucia, jak kruche. A może właśnie na odwrót: pokazało na czym polega przyjaźń w dorosłym życiu, kiedy dni podzielone są między pracą a snem i niewiele da się wysupłać czasu na elementy społeczne. Już nieaktualne i niemożliwe do spełnienia były spotkania kilka razy w tygodniu. Sukcesem było spotkanie raz w miesiącu, kwartale... Tak, zdecydowanie dużo się zmieniło w ostatnim czasie. 

Nie chciał jednak teraz zbyt dużo rozmyślać nad przeszłością, nad zbyt długą przerwą, nad zbytnim brakiem zainteresowania, nad tworzeniem dziwnych barier i stosowaniem niespodziewanych tajemnic nie do wyjawienia. Nad znaczącym wiele milczeniem. W tym momencie myślał tylko o tym jak opowie jej o wszystkim, co się zmieniło w ostatnich miesiącach, jak wysłucha jej trosk, refleksji, jak roześmieją się serdecznie i stwierdzą, że męczące ich problemy są jednak niezwykle błahe i wszystko będzie jak dawniej, kiedy razem szydzili z niepowodzeń, walcząc z nimi śmiechem. Nieważne, że nie udało się spotkać jak dawniej w większym gronie. Małymi kroczkami uda się odbudować to, co rozmyło się przez ostatni rok. Cieszył się na to spotkanie jak dziecko. Jeszcze tylko dwie godziny pracy. 

Po pracy na telefonie jedna nieodebrana wiadomość. Od niej. Pewnie już czeka. Przejechał palcem po ekranie, nie mogąc przestać się uśmiechać. 
Niestety, spotkamy się innym razem. Dziś jednak nie jest dobra pora, jednak nie ma czasu, jednak w tak wąskim gronie nie ma sensu. 
Przeczytał wiadomość jeszcze raz. Uśmiech schodził z ust proporcjonalnie do kolejnych ruchów gałek ocznych. Odłożył telefon na biurko i powoli zaczął pakować się do domu. Spokojnie, uważnie. Aby niczego nie zapomnieć. 
Jednak nie. Może innym razem. Może...
sobota, 31 maja 2014
spotkanie z obcym I
Siedział w ciemnym pubie nad kuflem piwa. Piana na dwa palce sięgała niemalże samej górnej części naczynia, zewnętrzne ścianki pokrywała skroplona para, świadcząca o temperaturze trunku. 
Na przeciwko stał drugi kufel równie ciemnego piwa. Wprawiona ręka chwyciła go i podniosła w górę.
- Za co pijemy? - zapytał współtowarzysz.
- Za spotkanie. I za powodzenie w życiu - odparł on. 
- Zdrowie!
Odgłos stukającego szkła o drugie tak samo grube szkło. Obaj niemal jednocześnie podnieśli kufle i przyłożyli do ust. 

Poczuł jak zimny trunek delikatnie drażni jego gardło, jak gasi pragnienie. A było za co pić. Nie widzieli się już dawno. Stanowczo zbyt dawno. Drugi łyk. Tym razem przyjrzał się dokładniej swojemu kompanowi. Dawniej najlepsi kumple, niemal codzienne spotkania. W zasadzie prawie każde wyjście na miasto wspólne, z "paczką", w końcu zawsze znalazł się czas na spotkanie. Ale... zaraz, zaraz:  jakie "dawno"? To tylko kilka miesięcy temu. Raptem niewiele ponad pół roku. To straszne jak w tak krótkim czasie mogą dokonać się takie zmiany, jak to, co było budowane latami, może stopnieć, zmarnieć. Miały być przyjaźnie na całe życie, jednak czas pozwolił tym relacjom zblednąć, utracić intensywność

Z każdym kolejnym łykiem wszystko wracało do normy. Znów byli kumplami. Znów wszystko było po staremu: wspólne tematy, szczere wyznania, nieszablonowe żarty z otaczającej ich rzeczywistości. 
- I właśnie tymi słowami jej odpowiedziałem - skwitował swoją opowieść współtowarzysz, uśmiechając się od ucha do ucha. 

Odpowiedział śmiechem. Szczerym. Cieszył się, że znów mogli poczuć przyjacielską więź, cieszył się, że mogli powspominać stare czasy. Cieszył się tym towarzystwem. Ale wiedział, że ten stan będzie trwał jedynie w miarę kolejnych zamawianych piw. Później pryśnie, wyparuje razem ze spożytym alkoholem. Zniknie.

Spojrzał w wesołe oczy przyjaciela. Wiedział, że jutro nie będzie ich pamiętał, wiedział, że znów staną się obce. 
Zrozumiał, iż linia między przyjacielem a obcym jest niezwykle cienka. Zrozumiał, że został sam. 



czwartek, 24 kwietnia 2014
Tadeusz Różewicz [1921-2014]
Słowa 
słowa zostały zużyte 
przeżute jak guma do żucia 
przez młode piękne usta 
zamienione w białą 
bańkę balonik 

osłabione przez polityków 
służą do wybielania 
zębów 
do płukania jamy 
ustnej 

za mojego dzieciństwa 
można było słowo 
przyłożyć do rany 
można było podarować 
osobie ukochanej 

teraz osłabione 
owinięte w gazetę 
jeszcze trują cuchną 
jeszcze ranią
 
ukryte w głowach 
ukryte w sercach 
ukryte pod sukniami 
młodych kobiet 
ukryte w świętych księgach 
wybuchają 
zabijają 

2004 z tomu Wyjście, Wrocław 2004 
T. Różewicz [*]

Smutno, gdy moje największe autorytety odchodzą. 
Powyżej wiersz, który przyniósł mi szczęście na maturze.




                                                                                                     
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50